Gigant z Cupertino: Czy wycena Apple faktycznie osiągnęła szczyt?

W połowie maja Apple osiągnęło najwyższą w historii cenę akcji — kurs po raz pierwszy przekroczył 300 dolarów. Patrząc na to, w jaki sposób gigant z Cupertino szykuje się na przyszłość, może być to dla niektórych zaskoczeniem, ma jednak bardzo logiczne wyjaśnienie.

Apple regularnie zyskuje na wartości
Apple regularnie zyskuje na wartości | Foto: Ivan Babydov / Shutterstock

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Jak zmieni się Apple pod rządami Johna Ternusa? KŚ wyjaśnia

Od rekordu do rekordu

Kiedy w grudniu 2025 roku Apple przekroczyło magiczną barierę i wyceniane było na 4 miliardy dolarów (przy kursie akcji na poziomie 278 dolarów), wielu analityków spodziewało się, że właśnie osiągnięto sufit. Fenomenalne wyniki związane ze sprzedażą ostatniego iPhone’a i przegonienie Samsunga, który nieco gorzej odnajduje się w obecnej, rynkowej rzeczywistości (tylko tej smartfonowej), w oczywisty sposób wywołały euforię… która jednak szybko się skończyła. W kolejnym kwartale wartość pojedynczej akcji oscylowała średnio w okolicach 255 dolarów i niewiele zwiastowało, aby sytuacja miała ulec dramatycznej poprawie. Zwłaszcza że wewnętrzne prace nad nową, inteligentniejszą wersją Siri były wciąż nieukończone, a premiera — stale przesuwana.

Apple nie umie rozwiązać swojego rosnącego problemu z implementacją sztucznej inteligencji w ekosystemie aż do teraz. Kolejne partnerstwa i licencyjne korzystanie z technologii opracowanych przez inne podmioty, zwłaszcza w obliczu rosnącego znaczenia AI, jest mocno niepokojące dla długofalowej przyszłości giganta z Cupertino. Oznacza bowiem, że firma, która obecnie dyktuje warunki na rynku sprzętowym, w kwestii oprogramowania i usług, coraz bardziej staje się zależna od innych. To, że Apple nie ma praktycznie żadnych kart w kategoriach technologicznych postrzeganych jako najbardziej przyszłościowe, jest obiektem częstej krytyki ze strony rynku. Tego samego, który na punkcie giganta z logiem nadgryzionego jabłka ewidentnie ostatnio szaleje. I tego samego, który sprawił, że kurs akcji w połowie maja przebił magiczną barierę 300 dolarów za akcję i wywindował tym samym kapitalizację do poziomu 4,4 biliona dolarów.

Rynkowy sprint czy maraton?

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać kontrintuicyjne. Z jednej strony — rekordowe wyniki finansowe, z drugiej — kompromitacja za kompromitacją w kwestii nowych rozwiązań i głośne niezadowolenie inwestorów. Wbrew pozorom nie są to stanowiska wzajemnie się wykluczające. Po prostu dotyczą dwóch skrajnie różnych perspektyw czasowych.

Długoterminowo Apple nie znajduje się w zbyt dobrej sytuacji i wymyślenie firmy na nowo, tak aby ta w nadchodzącej rzeczywistości nadal pozostała liderem — będzie najtrudniejszym wyzwaniem, przed jakim stanie nowy CEO Apple, czyli John Ternus. Gdy patrzymy jednak na krótszą perspektywę, maksymalnie dwuletnią, okazuje się, że imperium założone przez Jobsa i rozwinięte przez Cooka, ma wszystkie argumenty za tym, aby bić kolejne rekordy zysków. To finalnie może być bal na Titanicu, ale jakże huczny! A gdy są pieniądze do zarobienia, trudno oczekiwać od inwestorów, aby przeszli obok nich obojętnie.

Dlaczego jednak ta krótkoterminowa perspektywa wygląda tak dobrze i tak obiecująco? Rozczarowująca implementacja AI na tym etapie nie doskwiera jeszcze rynkowi aż tak bardzo, aby nie był w stanie przymknąć na nią oczu, zwłaszcza w obliczu tego, jak dobrze radzi sobie Apple na rynku hardware’u… przy jednocześnie coraz słabszych wynikach swojej bezpośredniej konkurencji. Samsung, uchroniony wprawdzie przez sąd przed najgorszymi konsekwencjami masowego strajku pracowników, w teorii nie radzi sobie źle — zwłaszcza w sektorach innych niż telefony. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.

Ukryte problemy Samsunga

Według danych opublikowanych przez Counterpoint, wyniki sprzedaży Samsunga Galaxy S26 w pierwszych tygodniach wyglądały lepiej niż w przypadku poprzednika, jednak w okolicach szóstego tygodnia od premiery — zanotowały bardzo wyraźny spadek. Mówiąc „wyraźny”, mam na myśli — „jeszcze wyższy niż normalny”. Bo to, że zainteresowanie poszczególnymi modelami spada w czasie, jest kwestią naturalną. W przypadku serii Galaxy S26 wykresy pikują mocniej niż w standardowym układzie, a dynamika spadku była jeszcze ostrzejsza niż w przypadku S25. To może oznaczać tylko jedno — najwięksi zwolennicy ochoczo rzucili się na nowy model, jednak rynek bardzo szybko nasycił się nowościami, a flagowy Samsung nie jest wystarczająco atrakcyjną propozycją dla pozostałych konsumentów.

Fakt, że premiera Galaxy S26 została mocno opóźniona, bardzo zresztą iPhone’owi pomógł. Podobnie jak i to, że premierowa cena była wyraźnie wyższa niż dotychczas… a sam telefon był droższy niż aplikacyjny konkurent. Wynika to oczywiście z kryzysu na rynku podzespołów, który dotknął smartfony Samsunga dość wyraźnie. Najnowsza seria na premierę w zdecydowanej większości wariantów była droższa niż poprzednik. Nowi użytkownicy stojący przed wyborem między drogim Galaxy S26 a atrakcyjniej wycenionym iPhonem 17 — w oczywisty sposób wybierali częściej ten drugi model. Samsung widząc mocno niekorzystną dynamikę sprzedaży, zaczął agresywnie obniżać cenę smartfona — obecnie, w zaledwie trzy miesiące od premiery, ścięto ją o bezprecedensowe 30 proc. W chwili, w której model cieszyłby się dużym zainteresowaniem, na podobne zabiegi zwyczajnie by się nie decydowano.

Sytuacja ta przełożyła się w przypadku Apple na wyraźne wzrosty sprzedażowe na rynku mobilnym. W sytuacji, w której rynek sam z siebie się kurczy, a globalna sprzedaż telefonów spada — iPhone dzięki polityce cenowej jest w stanie nie tylko przeciwstawić się temu trendowi, ale wręcz notować wzrosty. Według najnowszych danych na kluczowym amerykańskim rynku sprzedaż smartfonów pogorszyła się o 5,7 proc. Apple zaś notuje tu poprawę o 1,3 proc. Rynek, spodziewając się dalszej dominacji giganta z Cupertino w tym obszarze, daje temu wyraz wysokim zainteresowaniem akcjami.

Największa przewaga Apple

Nie jest to zresztą wiara całkowicie pozbawiona podstaw. W obliczu drożyzny i braku dostępności niektórych podzespołów, producenci telefonów stają przed prostym wyborem. Albo drastycznie podnoszą ceny urządzeń, albo wyposażają je w nieco słabsze od spodziewanych parametry, starając się utrzymać cenę na zbliżonym do dotychczasowego poziomu. Dotyczy to wszystkich w równym stopniu, ale to właśnie na tym polu Apple ma wyraźną przewagę nad konkurencją — mając pełną kontrolę nad własnym ekosystemem, jest w stanie dużo lepiej optymalizować wydajność urządzeń oraz działających na nich aplikacji, nawet wtedy, gdy „surowa moc” iPhone’a nie należy do szczególnie imponujących.

Wyraźnie lepsza optymalizacja i wykorzystanie dostępnych zasobów jest znakiem rozpoznawczym Apple od dawna. Zarówno iPhone’y, jak i MacBooki czy komputery Mac, na papierze pod względem parametrów wypadają o wiele słabiej niż bezpośredni rywale. W testach wydajnościowych czy czasie działania na baterii — biją ich jednak często na głowę. W obecnej sytuacji, ograniczonej dostępności nowych układów oraz ich wysokiej ceny, umiejętność lepszego zarządzania ograniczonymi parametrami, które Apple przez lata doprowadzało do perfekcji, jest na wagę złota. Te przeszłe doświadczenia również przekładają się na zwiększoną wiarę rynku w to, że iPhone’y świetnie poradzą sobie sprzedażowo i będą prawdopodobnie oferować dużo więcej… w cenie podobnej lub wręcz niższej niż konkurenci. Udziały w rynku giganta z Cupertino z pewnością więc wzrosną. Nie tylko zresztą na rynku urządzeń nowych, ale także i tych używanych, które staną się jeszcze bardziej „opłacalne”.

Wraz ze zwiększoną grupą użytkowników ekosystemu, do której zaliczani są nie tylko nabywcy coraz bardziej atrakcyjnych cenowo iPhone’ów, ale także zaskakująco taniego i przy tym równie zaskakująco wydajnego MacBooka Neo, zyski ze sprzętów i usług towarzyszących/uzupełniających także pójdą prawdopodobnie w górę. Osoby posiadające już któryś ze sprzętów Apple, z uwagi na wysoką kompatybilność i synergię wszystkich jego wariantów, bardzo często z czasem dokupują kolejne — słuchawki, którąś z subskrypcji, tablet czy smartwatch. Budowana w ten sposób lojalność w krótkiej perspektywie oznacza dla Apple prawdopodobnie kolejne rekordowe kwartały.

Rynek zdaje się podzielać te przewidywania i zakłada, że przychody Apple nadal będą na fali wznoszącej. Przynajmniej przez jakiś czas. Dłuższa perspektywa, zgodnie z tym, o czym wspominaliśmy kilka akapitów wyżej — to już całkowicie inne wyzwania, wymagające niejako zerwania z dotychczasowym modelem działania… Ale to temat, który ze szczegółami omawialiśmy w odrębnym materiale poświęconym przyszłości Apple pod rządami Johna Ternusa.

Wyniki Biznes Fakty:

  • Apple osiągnęło historyczny rekord ceny akcji, przekraczając 300 dolarów w połowie maja 2026 roku.
  • Kapitalizacja firmy sięgnęła 4,4 biliona dolarów.
  • Wyniki finansowe Apple w krótkoterminowej perspektywie (do 2 lat) są prognozowane jako rekordowe.
  • Pomimo problemów z implementacją AI, rynek skupia się na silnej pozycji Apple na rynku sprzętu.
  • Sprzedaż smartfonów w USA spadła o 5,7%, podczas gdy Apple odnotowało wzrost o 1,3%.
  • Samsung Galaxy S26 odnotował znaczący spadek sprzedaży po początkowym zainteresowaniu, a jego cena została obniżona o 30% w ciągu trzech miesięcy od premiery.
  • Wyższa cena Samsunga Galaxy S26 w porównaniu do konkurentów, w tym iPhone’a 17, wpłynęła na wybory konsumentów.
  • Optymalizacja wydajności i zarządzanie zasobami przez Apple daje przewagę konkurencyjną, zwłaszcza w obliczu kryzysu na rynku podzespołów.
  • Oczekuje się wzrostu sprzedaży iPhone’ów oraz innych produktów Apple (np. MacBooka Neo), co przełoży się na wzrost zysków ze sprzętu i usług.
  • Budowana lojalność użytkowników ekosystemu Apple prognozuje kolejne rekordowe kwartały.

Na podstawie materiałów : businessinsider.com.pl

No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *