„Kiedy spoglądam na dane statystyczne, odczuwam satysfakcję z osiągnięć. Ale dlaczego moi klienci wyrażają współczucie, a bliscy dziwią się, że nie mogę sobie pozwolić na zakup domu?” — rozmyśla Jacek, adwokat z Poznania. Reprezentant grupy społecznej, o której w Polsce mówi się rzadko, a która ostatnimi czasy dynamicznie zyskuje na znaczeniu. W Stanach Zjednoczonych używa się dla nich akronimu HENRY, a ponieważ trudno o polski odpowiednik, przyjęliśmy formę „Henryk”.
Prezentujemy raz jeszcze jeden z najczęściej czytanych artykułów w Business Insiderze w roku 2025. Materiał oryginalnie pojawił się w kwietniu.
Kim jest „Henryk” — a raczej HENRY? To skrót od angielskiego „High Earner, Not Rich Yet” — co w bezpośrednim przełożeniu oznacza osobę o wysokich dochodach, lecz jeszcze nie zamożną. Termin ten zakorzenił się w krajach anglojęzycznych, jednak może trafnie opisywać grupę dobrze sytuowanych Polaków — których zarobki znacznie przewyższają typową klasę średnią — ale którym z pewnością daleko jest do bogactwa.
Objaśniamy, kto może identyfikować się jako polski „Henryk” — oraz jakie dochody są wymagane, aby zasłużyć na to miano.
Określenie HENRY nie jest nowe — po raz pierwszy pojawiło się w amerykańskim czasopiśmie „Fortune” już w roku 2003. Autor artykułu wówczas skupił się na rosnącej grupie ciężko pracujących, wpływowych osób, których zarobki jednak nie pozwalały im czuć się majętnymi. Dlaczego w ogóle amerykańscy HENRY byli tak często poruszani w mediach? Politycy lubili — i lubią — obciążać ich fiskalnie oraz określać mianem bogaczy lub zepsutych elit. Nakładane są na nich często bardzo wysokie podatki — czasem wyraźnie wyższe niż na klasę średnią. Mają więc nad sobą pewien limit — chcieliby więcej zarabiać, lecz z powodu struktur systemów podatkowych paradoksalnie często im się to po prostu nie kalkuluje.
Oto polski „Henryk”, oto polska „Henryka”
Ale czy w Polsce w ogóle warto mówić o „Henrykach”? Przeanalizujmy to.
Definicje są zróżnicowane, jednak w USA zazwyczaj mówi się, że to gospodarstwa domowe, w których roczny dochód wynosi od 250 do 500 tys. dolarów — czyli od 940 tys. do niemal 1,9 mln zł. Zestawianie polskich realiów z amerykańskimi wydaje się jednak dość ryzykowne — zarobki są odmienne, inaczej funkcjonuje u nas system opieki zdrowotnej czy emerytalny.
Ale o HENRY mówi się również w kontekście brytyjskim. Tam w ten sposób definiuje się osobę z sześciocyfrową pensją roczną — a więc minimum 100 tys. funtów (co stanowi ok. pół miliona złotych). Średnie wynagrodzenie roczne na Wyspach wynosi tymczasem niewiele ponad 37 tys. funtów. Można zatem stwierdzić, że Henryk z Wysp zarabia 270 proc. przeciętnego wynagrodzenia.
To można już odnieść do naszych warunków. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w 2024 r. wyniosło według GUS około 8181 zł. Biorąc pod uwagę „brytyjski” współczynnik, polski Henryk czy polska Henryka musi zarabiać miesięcznie co najmniej 22 tys. zł brutto.
Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że niewiele osób tyle zarabia. Z danych GUS w październiku 2024 r. najlepiej wynagradzaną branżą w Polsce była informacja i komunikacja — ale tam przeciętne miesięczne wynagrodzenie wyniosło trochę ponad 15 tys. zł. Biorąc to pod uwagę, polskim „Henrykiem” nie jest zatem nawet typowy pracownik najlepiej opłacanej branży.
Powróćmy jednak do naszego rozmówcy, Jacka z Poznania. — Czy jestem „Henrykiem?” Niemal, zarabiam około 21 tys. zł brutto — relacjonuje. Na rękę jednak jest to niecałe 15 tys. zł. Jak relacjonuje nasz rozmówca, kiedy mówi on w swoich rodzinnych stronach (powiatowe miasto na Pomorzu Zachodnim) o zarobkach, dostrzega mieszankę uznania i zawiści. Natychmiast rozpoczynają się pytania „więc kiedy się budujesz”.
— I mam coraz większy kłopot z takimi pytaniami. Moja rodzina i znajomi po prostu nie zdają sobie sprawy, ile kosztuje życie w Poznaniu — i że domu z moją pensją raczej się nie kupi. Mam mnóstwo wydatków — prywatna szkoła dla dzieci jest bardzo droga, do tego kredyt. Mam zamożnych klientów, więc muszę się też stosownie ubierać, z tego samego powodu nie mogę też jeździć starym golfem… — wylicza nasz rozmówca.
Jacek przyznaje, że terminu „Henryk” nigdy wcześniej nie słyszał — ale trafnie oddaje on jego sytuację. Dodaje, że jego klienci — głównie przedsiębiorcy czy „C-Level” (czyli członkowie zarządów dużych firm), często mu współczują. Na przykład, kiedy pytają, gdzie spędza wakacje. On może sobie pozwolić najwyżej na Turcję czy Egipt, jego klienci odwiedzają kolejne najbardziej odległe destynacje. I potrafią wydać dziesiątki tysięcy złotych na jeden wyjazd.
Polskie „Henryki” wymykają się statystykom
Nasz rozmówca podkreśla, że w małym mieście jego pensja może wydawać się „niemal królewska”. W Poznaniu — który przecież nie jest najdroższym polskim miastem — pozwala na komfortowe życie „z nadwyżką”. Tą „nadwyżką” dla singla może być luksusowy samochód czy dalekie podróże. Rodzinne „Henryki” często z kolei inwestują w większe mieszkania lub edukację dzieci. Jedni i drudzy inwestują również — lub myślą o inwestycjach — w nieruchomości, kryptowaluty, akcje… — Na luksusy nie mamy jednak tyle środków, ile mogłoby się wydawać — dodaje Jacek.
Gdzie pracuje zatem polski „Henryk”? Intuicyjną odpowiedzią może być sektor IT. GUS traktuje kategorię informacja i komunikacja dość ogólnie, w samej branży wysokich technologii zarabia się jednak więcej, niż wskazują ogólne statystyki. Bardzo często „Henryki” z IT nie pracują na etatach, a raczej prowadzą działalność gospodarczą. Jak wynika z analiz serwisu No Fluff Jobs, średnie wynagrodzenie w branży osób na B2B wynosi od 15 do 21,8 tys. zł bez VAT.
Jeśli chodzi o umowę o pracę, w IT średnie zarobki brutto wynoszą z kolei od 11 do 17 tys. zł. Pracując w tym sektorze, zostanie „Henrykiem” nie jest więc takie trudne — nawet na etacie. Można awansować raz czy dwa — albo wyspecjalizować się w którejś z pożądanych dziedzin, jak AI czy cyberbezpieczeństwo. Z raportu firmy Antal z zeszłego roku wynika, że inżynierowie ds. bezpieczeństwa IT zarabiają u nas zwykle brutto od 19 do 26 tys. zł. „Henryków” wśród nich zatem jest całkiem sporo.
Nie trzeba oczywiście pracować w IT, by być „Henrykiem”. Typowym przedstawicielem tej klasy są też chociażby lekarze. Średnie wynagrodzenie lekarza ze specjalizacją wynosi 28,7 tys. zł. Już na stosunkowo wczesnym etapie kariery lekarz może kwalifikować się do omawianego grona.
Próg 22 tys. zł brutto można rzecz jasna przekroczyć w wielu innych miejscach, na przykład w „nietechnologicznych” korporacjach — chociażby usługowych, handlowych czy produkcyjnych. Tu już wiele zależy od skali działalności lub od sektora. Nieraz na „henrykowską” pensję mogą liczyć już cenieni specjaliści, czasem — tylko członkowie zarządów. Rzecz jasna często polskie „Henryki” są przedsiębiorcami. Nieraz prowadzą dobrze prosperujące firmy, a czasem wybierają jednoosobowe działalności ze względu na korzyści finansowe — na przykład leasing nowego samochodu.
„Henryków” jest coraz więcej — i ten trend prawdopodobnie się utrzyma przez najbliższe lata. Do końca tego roku wynagrodzenia będą rosły o 6-8 proc. — a zatem populacja dobrze zarabiających, ale nie bogatych będzie się jeszcze długo powiększać.
Definicja HENRY-ego, a tym bardziej „Henryka” jest nieprecyzyjna — dlatego zatem trudno stwierdzić, gdzie są jego górne granice — oraz jakie dochody są potrzebne, żeby już być naprawdę bogatym. Jacek ma swoją definicję. Mówi, że dla niego osoba bogata nie ma żadnych kredytów na własne potrzeby — to znaczy na dom czy samochód, nie musi też zapożyczać się na przykład na wakacje. Przedstawiciele omawianej grupy — czy to w Polsce, czy w USA — kredyty zwykle posiadają. Definicja Jacka ma zatem sens — naprawdę bogaty człowiek nie musi się martwić tym, że np. utrata pracy czy choroba bliskich sprawi, że nie będzie miał na ratę. A „Henryk” się tym martwi. Może zatem zarabiać dużo więcej niż przedstawiciel klasy średniej, ale jego pragnienia i obawy są w zasadzie takie same.
A co różni „Henryka” polskiego i anglosaskiego? Już na początku wspomnieliśmy, że termin powstał w amerykańskich mediach — i kwestia HENRY była poruszana, by zwrócić uwagę na klasę dobrze zarabiających pracowników, którzy są „obciążani” przez polityków jako symbol elity. Elitą finansową do końca nie są — ale naprawdę bogatych ludzi politycy zwykle nie „obciążają” — bo ci mają mnóstwo sposobów, by uciec ze swoimi pieniędzmi przed fiskusem. Dlatego anglosascy „Henrykowie” wcale nie mają łatwo pod względem podatkowym.
Londyński „The Economist” stwierdził ostatnio nawet, że są w Wielkiej Brytanii najbardziej zapomnianą przez rządzących klasą społeczną. Niższe warstwy mogą bowiem liczyć na liczne ulgi i zapomogi. „Prawdziwa” klasa średnia ma z fiskusem trochę gorzej, ale też nie może narzekać na dodatki czy ulgi. A „biedni” HENRY? Niby są uprzywilejowani, ale tak naprawdę rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. „Economist” pisał, że biorąc pod uwagę różne rodzinne ulgi podatkowe, londyńskiemu „Henrykowi” z dwójką małych dzieci bardziej opłaca się zarabiać 99,9 tys. funtów rocznie niż 149 tys.
Polscy „Henrykowie” doskonale znają takie paradoksy. Słynny „Polski Ład” uderzał w dużej mierze właśnie w nich — a jego reguły nie były zbyt jasne. Z kolei retoryka ówczesnej władzy często robiła z nich wrogów ciężko pracujących ludzi z niższych klas. Ostatnio coś zaczęło się zmieniać — wskazują na to chociażby planowane zmiany w składce zdrowotnej. Jacek przyznaje — już nie odczuwam, że władza jest mi wroga, ale też nie mam poczucia, że daje mi jakieś „prezenty”. I też na nie nie liczy — wie, że to, czy dołączy do klasy naprawdę zamożnych, zależy od niego samego, a nie od polityków. Polscy „Henrykowie” nie odczuwają też, że system podatkowy hamuje na pewnym poziomie zarobków — jak w Wielkiej Brytanii. Dostępność i popularność jednoosobowych działalności gospodarczych nad Wisłą na pewno działa tu na ich korzyść.
Jacek przyznaje natomiast, że bardzo by chciał pomyśleć o inwestycji w Hiszpanii, a nie o ratach, które zostały mu na przestronne mieszkanie w Poznaniu. Chętnie zamieniłby też swój „standardowy” ekspres do kawy Siemensa na taki od Jury — za kilkanaście tysięcy złotych. I to chyba łączy HENRY z różnych stron świata — większość osób jakoś nie może się zdobyć na poważne traktowanie ich problemów. „Czy można współczuć ludziom, którzy wydają setki funtów na słuchawki lub kupują absurdalnie drogie materace Tempur Elite?” — pytał „Economist”.
Autor: Mateusz Madejski, dziennikarz Business Insider Polska
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
