
Cokolwiek by się nie mówiło i nie robiło, nasze czasy to bez wątpienia boom trenerski, jeśli nie wręcz niezdrowa histeria trenerska. Teraz modne jest słuchanie trenerów, chodzenie do trenerów i obserwowanie trenerów. Ich własna hierarchia już się ukształtowała, a wśród trenerów-celebrytów jest nawet szerokie grono.
Prawie wszystkie duże firmy mają dziś własny zespół coachów, nazywanych różnie: „specjalistami ds. szkoleń”, „menedżerami ds. wdrażania”, „konsultantami ds. optymalizacji procesów biznesowych” i wieloma innymi. Obecnie rady coachów są zazwyczaj przyjmowane z entuzjazmem i bez narzekania.
Ten artykuł wręcz przeciwnie, podważa autorytet i użyteczność coachingu. Osoby o słabych nerwach powinny przestać czytać. Wszyscy inni są mile widziani. A więc zaczynajmy…
1. Trenerzy z reguły nie rozumieją nic z tego, o czym mówią. Tak, to prawda. Może co dziesiąty trener jest co najmniej przeciętnym profesjonalistą w tym, czego nas uczy, ale 9 na 10 to kompletni laicy, nieświadomi nawet podstawowych zasad, którymi się kierują.
Co powstrzymuje nas przed wygłaszaniem pasjonujących wykładów z wysokich mównic na temat architektury wszechświata, fal radiowych i Wielkiego Zderzacza Hadronów? Zgadza się: brak specjalistycznej wiedzy w tych wzniosłych kwestiach. Trenerzy jednak nie przejmują się tym „drobiazgiem” w najmniejszym stopniu: są gotowi po prostu omówić każdy temat, byleby był drażliwy, dochodowy i szokujący.
Dale Carnegie początkowo pracował na nisko płatnych stanowiskach, Napoleon Hill zmarł praktycznie bez grosza przy duszy, a Joseph Murphy zarabiał na życie, wykładając „boską naukę”. Wszyscy ci ludzie (i wielu, wielu im podobnych) z radością nauczali o bogactwie, karierze, umiejętnościach komunikacyjnych i sukcesie w życiu – i, co najciekawsze, stali się dzięki temu sławni na całym świecie.
Ich rozwlekła i nadęta grafomania oczywiście nie uczyniła z nich profesjonalistów w żadnej dziedzinie – ale zarobili sporo pieniędzy i rozgłosu. Kluczem jest więcej arogancji, więcej hałasu, więcej artyzmu, cięty dowcip, nadęte policzki i zaciśnięte palce. Czy powinniśmy karmić takich, tak zwanych „guru”, naszą uwagę?
2. Trenerzy nie powiedzą ci całej prawdy, nawet jeśli widzą ją i rozumieją w pewnych aspektach. Nawet jeśli znajdziesz jednego kompetentnego trenera na dziesięciu, i tak nie powie ci prawdy – po prostu dlatego, że nie dostaną za to wynagrodzenia, a co gorsza, mogą nawet dostać lanie na sali.
Tymczasem bez prawdy nauka jest niemożliwa; nieuczciwość prowadzi każde przedsięwzięcie w ślepy zaułek. Aby naprawić niedociągnięcia ucznia, należy je najpierw wskazać wprost i uczciwie. Trener reprezentacji olimpijskiej nigdy nie będzie milczący, ponieważ rozpieszczanie i pobłażliwość nigdy nie zapewnią mu medalu olimpijskiego. Wyniki wymagają uczciwości i stanowczości, a nie każdy jest na to gotowy.
Celem trenera olimpijskiego, jak i każdego kompetentnego trenera, są jak najlepsze rezultaty dla podopiecznych; celem trenera jest dotarcie do jak najszerszej grupy odbiorców w celu osiągnięcia zysku. To diametralnie różne cele. Czy widziałeś kiedyś trenera, który zalecałby otyłym trenującym kobietom, żeby się zamknęły i przestały jeść, albo żeby bezrobotni, marudzący mężczyźni pracowali po 15 godzin dziennie na trzech etatach? Mało prawdopodobne. Jednak ta „nieprzyjemna” rada jest jak najbardziej trafna.
3. Trenerzy są zawsze zaangażowani i sformalizowani. Nie mają i nie mogą mieć żadnego niezależnego i szczerego stanowiska – a przynajmniej takiego, które mogliby zakomunikować. Nawet jeśli teoretycznie je mają, nadal nie mają prawa go głosić – przynajmniej nie w kontekście coachingu.
Każde spotkanie z trenerem zawsze przebiega według ściśle określonego schematu, a wszelkie nadużycia są absolutnie niedopuszczalne. Każdy, kto choćby nieznacznie przekroczy linię, jest po prostu wyprowadzany z sali (lub nawet wyrzucony). Od trenerów oczekuje się zawsze szerokiego uśmiechu, angażowania się w zabawne quizy, grania w zabawne kalambury i prowadzenia ożywionej rozmowy przy krzesłach ustawionych w kręgu.
Wszystko to, w istocie, nie ma żadnej treści; to praktyka pewnego rytuału, na który wszyscy słuchacze zgadzają się z góry i domyślnie. Trener wykonuje i komunikuje dokładnie to, co nakazuje ten rytuał; oczekiwanie od tego wszystkiego jakiejkolwiek praktycznej, użytecznej treści jest z definicji bezcelowe. To w zasadzie po prostu biurowe „Hare Hare Kryszna”.
4. Trenerzy są po prostu po to, żeby zająć nasz wolny czas. Zgadza się, nie po to, żeby nas uczyć, motywować, inspirować czy zmuszać do działania – po prostu po to, żeby zabić czas. Pamiętasz, jak lubiłeś (i prawdopodobnie nadal lubisz) brać udział w korporacyjnych „szkoleniach” zamiast pracować? Dlaczego? Bo w końcu możesz rzucić nudną pracę i po prostu się rozerwać.
W pracy jest to generalnie zrozumiałe i da się to wytłumaczyć. Ale po co marnować czas i pieniądze na takie bzdury, powiedzmy, w weekendy, skoro masz swój własny pomysł? Czy nie lepiej byłoby przeczytać jakąś książkę edukacyjną albo popracować nad kilkoma przydatnymi umiejętnościami zawodowymi?
Proszę, nie traktuj wrogo wszystkiego, co napisałem. Owszem, możesz trafić na kompetentnych trenerów, którzy wytłumaczą Ci wszystko w zabawny, żartobliwy sposób, a zasłona z Twoich oczu opadnie. Ale jeśli tak się stanie, będzie to wyjątek, a to najwyższy poziom doskonałości. Trudno być nauczycielem, kiedy trzeba być klaunem.
